Laksa i podróż w czasie

Od niemal roku mieszkam w Warszawie, a to z foodiesowego punktu widzenia oznacza, że w końcu mam szansę uczestniczenia w tętniącym życiem gastroświatku na żywo, a nie tylko przez ekran komórki. Mogę sprawdzić organoleptycznie, bez instagramowego filtra.

Oczywiście rzeczywistość jest taka, że okazji i możliwości jest dużo mniej niż mogłoby się wydawać, bo chcenie to jedno, a życie życiem, ale nawet przez chwilę nie pomyślcie, że narzekam. W życiu Mariana! (jak mawiała moja polonistka Sorka Prusak. Sorko, kłaniam się!)

Po prostu mam czas na przyczajkę i obserwację i jak już mam okazję sprawdzić co i jak podają tu czy tam, to cieszę się z tego jak dziecko i doceniam każdy taki moment. No chyba, że się okazuje, że miejscówka jest instagramową wydmuszką i szkoda na nią pieniędzy, czasu i zachodu. Bo i tak bywa. Ale nie tym razem.

Szaro, ciemno i zamykają fajny sklep

Na Oleandrów przyciągnęła mnie wyprzedaż w Makutrze, która wczoraj na zawsze zamknęła drzwi. Side note: do wyczerpania asortymentu można upolować kulinarne skarby już jedynie na ich stronie internetowej, co polecam [KLIK]. Kupiłam oczywiście… książki, o których mam nadzieję niebawem napiszę i ceramiczne łyżeczki miarki, dzięki którym już nigdy nie będę się zastanawiać jaki wpływ na pojemność łyżki ma jej design (problemy pierwszego świata). Ale ja nie o tym, bo w Makutrze było miło, ale to już przeszłość, więc do rzeczy.

Skoro Oleandrów, to MOD. Właśnie się ściemniało, w środku było jakoś pusto (do tego stopnia, że spytałam, czy w ogóle można wejść), było zimno i, żeby już skończyć ten przydługi wstęp, było to jedno z tych popołudni, kiedy prosto z pracy najlepiej teleportować się pod koc, a nie szwędać po mieście.

Niewiele myśląc wybrałam więc laksę, bo doszłam do wniosku, że żółta zupa to prawdopodobnie najlepsza odpowiedź na taki dzień. I niczego poza słońcem w misce się nie spodziewałam.

Wehikuł czasu

Cała ta historia jest o tym, jak jedna łyżka zupy może nas przenieść w czasie. Jedna łyżka. I to w najmniej spodziewanym momencie.

Laksa to zupa pochodząca z Południowo-Wschodniej Azji (kto na dźwięk tych słów usłyszał w głowie stary polski hip-hop, piąteczka). Podaje się ją z makaronem i dodatkami. W MODzie jest są to krewetki, jajko, smażone tofu i kulki rybne, ale jak to z takimi zupami bywa – opcje są nieskończone.

W zależności od rejonu odnajdziemy kolejne wariacje różniące się od siebie nie tylko dodatkami, ale i makaronem oraz składem wywaru. Dwa podstawowe typy laksy to curry laksa: jej bazą jest czerwona pasta curry i mleko kokosowe oraz assam laksa na kwaśnym wywarze z dodatkiem pasty z tamaryndowca. Oczywiście, żeby nie było tak łatwo, w różnych rejonach Malezji, Singapuru lub Indonezji zmienia się również nazwa zupy. Kręci się Wam już w głowie? Ciocia Wiki daje tu dość wyczerpujące odpowiedzi, dla tych, którzy chcieliby się z Laksy doktoryzować. Ja tymczasem zmierzam do brzegu!

Po co ja w ogóle piszę ten tekst? Bo przecież nie po to, żeby Wam opowiedzieć, że sobie kupiłam książkę i zjadłam miskę zupy. Piszę, bo mnie ta zupa przeniosła do 2006 roku, kiedy po raz pierwszy jadłam TAKĄ SAMĄ w Brighton, przy Preston St, w knajpie z czerwonym szyldem ze złotymi literami – Malay House.

Kiedyś pisałam, że moje zainteresowanie jedzeniem zaczęło się od książek, ale tak naprawdę, to winne jest chyba Brighton i Preston St, na której drzwi w drzwi znajdowały się knajpki z kuchnią z różnych zakątków świata, ale do Malay House chodziliśmy jak boomerang. I nie pamiętam, żebym jadła tam coś innego niż curry mee, bo tak nazywała się ich laksa.

To w niej po raz pierwszy w życiu jadłam sprężyste kulki rybne, o które wolę nie pytać, bo intuicja podpowiada mi, że blisko im do parówek (te w Brighton były różowe!). Jak się dobrze zastanowię, to była chyba pierwsza azjatycka zupa, którą w życiu jadłam i na pewno była to pierwsza zupa, której zrobiłam zdjęcie, bo wyglądała zjawiskowo i zupełnie inaczej niż wszystko, co do tamtej pory jadłam.

Mam to zdjęcie w oczach, chciałam je Wam pokazać, ale nie mogę go znaleźć. Dałam się nawet wciągnąć w otchłań backupów z kolejnych komputerów, ale znalazłam po drodze takie rzeczy, że zapomniałam czego szukałam…

Back to the future

Laksa w MODzie jest prosta, nieprzegadana, robi robotę. Teraz, kiedy o niej piszę, to mam ochotę tam wrócić jak najszybciej i zamówić kolejną. Jest esencjonalna, przyjemnie gęsta i bardzo sycąca. Warta każdej jednej złotówki. Nie wymieniłabym w niej, ani nie zmieniła absolutnie niczego.

Naprawiła mój dzień, zapaliła słońce, przeniosła mnie w czasie do dobrych wspomnień i dobrych ludzi, zainspirowała mnie do tego, żeby wrócić do tego, co lubię robić. Stąd wielki comeback bloga, a było ich już kilka. Myślę że to całkiem zacny wynik, jak na jedną miskę zupy.

Jeśli będziecie w MODzie i będziecie skołowani wyborem, idźcie w laksę. Ja Wam to mówię. Jest dobrze <3.

MOD, Warszawa, Oleandrów 8

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s