Colomba, czyli wędrowna gołębica

Co najchętniej przywozisz z podróży? Magnesy? Kubki? Pocztówki? Ja kiedyś zbierałam wszystkie bilety, ulotki, katalogi wystaw, mapy i inne papierzyska. Po powrocie zbierałam je wszystkie w teczkę, do której owszem, czasem zdarzało mi się wracać, ale szczerze mówiąc, częściej zapomniałam o niej na dobre.

W ostatnich latach kilkukrotnie pakowałam całe swoje życie w pudła z okazji niedoszłych i dokonanych przeprowadzek i, jak to często w takich sytuacjach bywa – zrewidowałam swój stosunek do takich artefaktów. Im mniej, tym lepiej. Im mniej, tym lżej. Zostaje więcej przestrzeni na bieżące życie, na ten moment, który jest.

Nie znaczy to jednak, że z podróży nie przywożę niczego. Chodzi raczej o to, że częściej zadaję sobie pytanie czego chcę i co mi sprawia prawdziwą przyjemność? Trochę to banalne, a jednak nie tak oczywiste jak mogłoby się wydawać. Każdy dochodzi do swoich banałów w swoim tempie.

Co więc kitram po kieszeniach wracając do domu? No jasne, że jedzenie!

Po pierwsze, można je zjeść z ludźmi przy opowieściach z podróży. Jedzenie to doświadczenie, którym można się podzielić i dla mnie to jest najbardziej oczywisty wybór.

Po drugie, moja spiżarnia będzie kiedyś niczym moleskine podróżnika – pełna opowieści ze stołów całego świata. Przynajmniej taki jest jest romantyczny plan.

Po trzecie, jedzenie i wszelkie kulinarne artefakty to prezenty, które bardzo lubię otrzymywać. Od mojego ukochanego kuzyna dostałam kiedyś klin parmezanu, a ostatnio słoiczek swańskiej soli prosto z Gruzji (btw. o soli to Wam jeszcze niedługo napiszę, bo okazało się, że to bardziej fascynujące niżby się mogło wydawać!). O pamiątkowo-prezentowych utensyliach też kiedyś napiszę, bo to prawdziwa kopalnia wspomnień, zresztą nie tylko podróżniczych!

Miałam wielkie szczęście i w minione święta wielkanocne udało mi się wyrwać na cztery dni do Włoch, o czym na pewno napiszę więcej, bo chcę podać dalej doskonały patent na krótki urlop.

Należę jednak do tej grupy ludzi, którzy zanim zaczną opowiadać „jak było!?” muszą pozwolić wrażeniom spokojnie się ułożyć. Dajcie mi więc chwilę :)

Tymczasem zaczęła się chłodna polska majówka. Dzieci układają na podłodze wszystkie puzzle na raz, a ja zaparzyłam sobie trzecią kawę (serio!) i pokroiłam wiecznie świeżą colombę, którą przytargałam ze sobą z Włoch.

Colomba to ciasto drożdżowe, którym Włosi obdarowują się na Wielkanoc. Coś jak bożonarodzeniowe panetone, ale wiosną przybiera kształt gołębicy, stąd nazwa.

Oczywiście można colombę upiec i na pewno będzie wtedy bardziej eko itd, ale jeśli kupicie ją w sklepie, to wcale nie będzie mniej autentycznie.

A znajdziecie je w każdym spożywczaku i każdej piekarni. Pakowane są tak, żeby było wygodnie je przewozić: w pudła z rączką lub sztywny papier obwiązany tak, żeby było za co chwycić. Niestety nie zrobiłam zdjęcia mojej paczki, a szkoda, bo była bardzo malownicza. Szalenie miło było przesiadać się z pociągu do samolotu z takim prawdziwie oldschoolowym PAKUNKIEM. Jakoś tak „filmowo”, mimo mokrych butów i zostawionej gdzieś w pośpiechu parasolki (ostatniego dnia bardzo padało).

To, co zostało po pierwszym ucztowaniu zabrałam ze sobą w dalszą drogę na majówkę i mimo, że moja colomba przeleciała już ponad 1500 km, to niczego jej nie brakuje. Migdały i lukrowa posypka, gorzka czekolada i goryczka z mandarynek cieszą tak samo.

A że trochę później i trochę dalej? To nie ma już żadnego znaczenia, bo jest pysznie. Po prostu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s